UZALEŻNIENIA TRAMWAJARZA

Tak! Wszyscy jesteśmy od czegoś uzależnieni! Jedni od nikotyny, narkotyków, lekarstw. Drudzy od alkoholu lub seksu, jeszcze inni od pracy, sportów ekstremalnych i podwyższonej adrenaliny itp. itd. Można byłoby wymieniać bez końca. Jedne uzależnienia są mniej szkodliwe inne zaś bardziej. My Tramwajarze jak wszyscy ludzie mamy i mieć będziemy swoje ulubione, do wyboru do koloru ;-). Wiecie jakie główne uzależnienie łączy naszą grupę zawodową ?

P O J A Z D Y

S Z Y N O W E !

Stan chorobowy? Eee, nie to bardzo pozytywny „efekt uboczny” naszej pracy. Jest to takie trudne do wyjaśnienia i opisania, trochę niewytłumaczalne i skomplikowane. Bo jak pracujemy i jesteśmy naturalnie przemęczeni to każdy z nas psioczy, że chętnie by odpoczął na dłużej i takie tam…

Po paru dniach Ty i Ja dopadamy do sterów szynowca i zachowujemy się jak małe dziecko które właśnie dostało prezent od rodziców – nową wypasioną kolejkę :-). Natychmiast ją uruchamiamy, bawimy się na całego! ;-). Nie…nie żeby pół godziny przed porannym wyjazdem, na tzw. przygotowanie pojazdu było mało, skąd że znowu, jakby była cała godzina to wielu z nas też by się na ten stan rzeczy nie obraziła 🙂, bo zabawy nigdy nie za wiele!

Myślę sobie, że jeśli ktoś tego tak nie czuje, to nie jest uzależnienie.

Natomiast jeśli ktoś tego już tak nie czuje – to może być wypalenie.

Długowieczność w tym niełatwym zawodzie nie jest niczym wyjątkowym. Nawet tym Motorowym którym przysługują już świadczenia emerytalne, nie straszna dalsza praca i często spotykamy ich kontynuujących swoją misję przewozów pasażerskich. Śmiało można napisać, że to „pasjonaci” tego uzależnienia!

Człowiek szczęśliwy to chyba zbiór wielu składowych. Na pewno jednym z takich trybików, elementów łamigłówki zwanej szczęściem jest praca. Jeśli czujemy to „coś” trudne do jednoznacznego zdefiniowania to jest nam łatwiej, jeżeli jednak każdego kolejnego dnia wstajemy z przeświadczeniem, że znów trzeba iść do roboty, to droga do poczucia szczęścia nie będzie usłana różami… Skłaniałbym się ku stwierdzeniu, że raczej kolce tej róży będą co rusz w nas się wbijać przypominając bolesną prawdę o szarej egzystencji.

Każdego dnia, każdy z nas „uzależniony inaczej” wyrusza na miejskie torowisko. Tam czasami toczymy nierówny pojedynek lub swoistą walkę z samym sobą, ze swoimi słabościami, ograniczeniami, szukając docelowo równowagi i harmonii. Tylko taki stan ducha umożliwia rzetelne oraz bezpieczne wykonywanie naszych obowiązków.

Wiem, chór przeciwników tej tezy już „pieje” zaprzeczając stanowczo! Uważając, że wcale nie jest im potrzebny jakikolwiek motywator – uzależniacz, żeby wykonywać jak należy powierzone zadania. Mają swoje racje…

Będę jednak uparcie twierdził, że różne uzależnienia mogą oddziaływać na nas zarówno pozytywnie jak i negatywnie. Tym właśnie będziemy zawsze się różnić, my Ludzie, od nich bezdusznych , ekspansywnie wkraczających w nasze codzienne życie – Robotów.

Tak dla przykładu z „własnego podwórka”. Osobiście czuje się mocno uzależniony od wysiłku fizycznego, jakiegokolwiek, najlepiej w wydaniu sportowym, dodam czynnym aczkolwiek biernym też nie gardzę . Co to oznacza? Poznałem przez lata swój organizm i jego reakcje. Gdy brakuje mi wewnętrznej równowagi, a ją uzyskuje tylko i wyłącznie przez „odpowiednią dawkę” wysiłku , to wiem że będzie życiowa klapa i „dołowanie” – brak pozytywnego spojrzenia w przyszłość. Negatywne różne aspekty zaczynają się kotłować w głowie tak łatwo jak pstryknięcie palcem. Przywołam tutaj ostatnio „negative psychosis” sms-a o treści:

Stara limuzyna na rajd nie wyruszy

Nie chodzi o kontekst, ani kto do kogo wysłał, chodzi o treść. W mojej opinii jak jest zachowane „nasze status quo” to czujemy chęć do życia, idąc dalej tym tokiem myślenia, zapewne poczujmy także chęć do pracy. Jak sami to czytacie, zgodzicie się, że to już niezła podstawa aby misternie budowane tzw. „poczucie szczęścia” miało mocne podwaliny i budulec?

Dyrdymały? Popierdółki? Spróbujcie sami przeanalizować na swoich przykładach i ocenić czy faktycznie głupoty wypisuję!

Starajmy się swoją mądrością życiową, jak i doświadczeniem zawodowym tłumić negatywy a przy okazji wyzwalać w sobie „pozytywną kurtynę” reakcji na różnej maści uzależnienia. Dopóki „nasze słabości” destrukcyjnie nie wpływają na nasz stan psychofizyczny dopóty jest w porządku, dla nas samych, dla najbliższej rodziny a także dla pasażerów naszego „bombowca”. Nie będę się silił na głębszą puentę, nie tym razem…Jesteśmy dorosłymi ludźmi i każdy odpowiada za swoje czyny. Doskonale zdajemy sobie sprawę z wszelakich konsekwencji i niedomagań przy przekraczaniu granic przyzwoitości podczas naszych „eksperymentów” z uzależnieniami.

PILNUJMY SIĘ!

Nie pożarłem wszystkich rozumów, żeby podpowiedzieć gdzie jest bezpieczna granica od zatracenia się w uzależnieniu. U każdego będzie to miało wymiar indywidualny i niemierzalny. Wiem jedno, starajmy się nie „przeginać” i zarazem „naginać” rzeczywistości, bo prędzej czy później brak wewnętrznej samokontroli spowoduje brak stabilizacji, równowagi i „spokoju ducha”. Wtedy to już tylko krok od tragedii… Czarnego scenariusza” ani sobie ani wam Drogie Koleżanki i Drodzy Koledzy Motorowi nie życzę. Wręcz przeciwnie, wierzę że każdy z nas „inaczej uzależniony” potrafi kontrolować i panować nad swoimi słabościami.

UZALEŻNIENIA – TEMAT RZEKA!

Niech stanie na tym, abyśmy wszyscy porządnie wykonywali swoją robotę z „uzależnieniami” w tle… a ZDROWY ROZSĄDEK był tym „trzymanym w dłoni lub pod nogą czuwakiem” i „kabinowym grzybkiem”- ostatecznym hamulcem!

Chyba się zgodzicie ze mną, że lepiej żebyśmy się spotykali w pracy spacerując wspólnie do naszych „żelaznych kolosów” z radością wymalowaną na twarzy niż spotkać się na więziennym „spacerniaku” lub kiwając do siebie zza „żelaznych krat”. Złowieszczy powiew. Ten „zefirek” przecież czyha zza każdym zakrętem naszej codziennej trasy! Jak mocna to może być zawierucha, to już temat na osobny wpis blogowy…

Pewnie do bram piekieł jak i nieba podobnie długa droga… Różnica w kierunku polega na tym, że to My Panie i Panowie wybieramy, My „Tramwajarze z Uzależnieniami” którą drogą będzie nam dane podążać!

 

A m e n ♫♫♫

5 Responses

  1. Hm
    motorniczym, już nie będę,kierowcą też zapewne nie, ale co do definiowania uzależnienia, to u mnie jest to
    opieka dziećmi. To to co daje mi takiego kopa… No ale nie ważne. Myślę sobie że czasami uzależnienie
    tytułowe, może chyba być rozumiane po prostu jako pasja. Ot np “[…] nie wiem ktoś ma taki klasowy styl bycia” (Krzysztof Szmagier, Porucznik Borewicz).

    Pasja, albo to o czym pisałeś we wpisie, myślę że wielu jest potrzebne by móc jakoś funkcjonować. Wydaje mi się że to może być przez tą adrenalinę, o której pisał twój Kolega po mundurze.

  2. No to minęliśmy się jakoś w ubiegłym roku,ja na emie jestem od 26 lutego-był to prezent imieninowy,nawet badania lekarskie i psychologa mam ważne jeszcze do sierpnia 2019,mógłbym jeszcze powalczyć na umowę- zlecenie bo z kierownictwem jako taka rozmowa była ale jednak w moim przypadku to chyba nie jest uzależnienie i daję sobie spokój a druga sprawa to może dzięki temu Ty masz szansę poszaleć po żelaznych szlakach-pozwól że czasem coś napiszę ponieważ historia lubi się powtarzać i niektóre opisywane przez Ciebie historie mogłem przeżyć na własnej skórze np stłuczek czy kolizji w swojej karierze kilka zaliczyłem(czego Tobie nie życzę) gdyż za każdym razem ręce tak drżą że nie można autografu złożyć.To tyle,na Twoje ręce składam pozdrowienia dla całego wydz.WS2-powodzenia

    1. Krzysztof Żukiewicz

      Dziękuję za pozdrowienia dla WS2, mnie w odróżnieniu od Ciebie jeszcze nie za wielu poznało, za krótko pracuję…
      Wierzę, że odwiedzający tego bloga szybko skojarzą Mirasa :-). Jest mi miło, że czytasz te wpisy, oznacza to tyle że “z krwi i kości” prawdziwy duch motorowego zostaje z nami na całe życie! Nawet na EMIE :-).
      Obserwowałem kiedyś mojego Tatę w takim momencie życia zawodowego w którym właśnie się znalazłeś i widziałem na własne oczy jak nie łatwo jest się “odnaleźć” w tej nowej rzeczywistości. Bardzo mu kibicowałem, nie było łatwo w początkowym okresie, ale teraz cieszy się jeszcze niezłym zdrowiem i korzysta z wypracowanych świadczeń. Tej łagodnej transformacji Tobie życzę i być może do zobaczenia na torowisku, jak nie za sterami ;-), to może przewiozę Ciebie jako pasażera? ;-). Pozdrawiam #3526

  3. Ciekawie to wszystko ująłeś jednak z własnego doświadczenia wiem że praca ta z roku na rok jest coraz bardziej nerwowa i stresująca,może to tylko ja to tak odczuwałem do chwili przejścia na emę.Zaczynałem karierę motorniczego w 1981 r jeszcze przed stanem wojennym i praca wtedy była nieporównywalnie spokojniejsza pomimo taboru raczej nie przypominającego dzisiejszych wypasów.O godz.19-20 praktycznie woziło się zaledwie kilku pasażerów,podobnie było w 1995 kiedy wróciłem po kilku latach przerwy.Zapewniam Cię że było mniej chuligaństwa ,dewastacji i śpiących,nawalonych pasażerów podczas rannej zmiany.Wtedy Twoje określenie uzależnienie,pasja może bardziej do tej roboty pasowało,także intensywność ruchu samochodowego nieporównywalnie mniejszy.Wierz mi-ci starzy tramwajarze mają jakie takie porównanie i jeszcze jedna uwaga-nie prawda że po wielu latach pracy mniej się stresujesz,po prostu uczysz się nad tym stresem panować.W moim przypadku czym bliżej emy tym gorzej aby na koniec jeszcze nie podmoczyć-to tyle z mojej strony,pozdrawiam i życzę spokojnej pracy iszczęśliwego Nowego Roku.

    1. Krzysztof Żukiewicz

      Bardzo ciekawe i cieszy mnie że inne spostrzeżenia, tym cenniejsze, ze wypowiedziane przez motorniczego z bardzo długim stażem!
      Nawet nie będę próbował polemizować, bo Ty masz już niesamowity bagaż doświadczeń i przeżyć w tej dziedzinie…
      Taki półroczny motorowy” żółtodziób” opisuje jak to widzi, ja to czuje…pewnie nie każdemu przypasuje ;-).
      Serdecznie pozdrawiam, zapraszam do zaglądania na bloga i z wzajemnością w tym Nowym Roku spokojności na torowisku 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *