ODPOCZYNEK W DRODZE/ODCINEK2

zapraszam na ODCINEK 1

Granicę węgiersko – rumuńską przekraczam, mam wrażenie, jakby nielegalnie. Choć nie ma dziś obowiązku wożenia ze sobą paszportu i procedur z tym związanych w Unii Europejskiej, to tutaj sprawdzany jest każdy pojazd. Przemykam, gdzieś bokiem nie zatrzymywany przez celników, policjantów i stąd pewnie takie moje wrażenie. Mam to w pamięci, gdyż w drodze powrotnej byłem już kontrolowany jak wszyscy na tej granicy. Z Pete kierowałem się dalej do Satu Mare. W Rumunii brakuje ścieżek rowerowych, choć widać, że drogi remontują tu dość dynamicznie. 

Ludzie zawsze odpowiadają na moje dzień dobry w polskim, angielskim, czy ich ojczystym języku. To jest ważne, to zwykła kultura, pozdrowienie. Wyczytałem gdzieś u Aleksandra Doby, naszego słynnego kajakarza, że tej kultury uczył swoich podopiecznych. Płynął z uczniem kajakiem i zwracał mu uwagę, jeśli ten nie kiwnął, czy choćby nie uśmiechnął się do dzieciaków machających mu na moście pod którym przepływali. Takie proste odruchy. Machaj, machaj. I mówię czasem do siebie. Nigdy nie wiesz, którędy będziesz wracał. Mijam Mădăras i dojeżdżam do Ardud, gdzie zwiedzam ruiny zamku. Gorąco, wręcz parno i dalej Supuru de Jos i Bobota. Stragan z owocami, wybieram cztery uśmiechnięte jabłka.

Wchodzę na posesję, żeby zapłacić. Z drzwi przydomowego sklepiku wychodzi do mnie taki Big Man, uśmiechnięty jak jego owoce i macha mi rękoma żebym jechał dalej, życząc szczęśliwej drogi. Nie, nic nie płacisz, wszystko dobrze, jedź. Taka Bobota, taki uśmiech, rumuńskie serce wyszło za mną na drogę.

Całą trasę przemierzam bez większych planów. Nie ma spinania się, że koniecznie dziś tu, jutro tam. Zwiedzanie, noclegi, ilość przebytych kilometrów w danym dniu, to dzieje się samo. Wciąż odnajduję w tym siebie.

Posiłki. 

Czy ja się zawsze w trasie tak dobrze odżywiam jak w domu?

Otóż nie. A nawet twierdzę, że to nie jest proste. Po pierwsze nie wiozę ze sobą zapasu jedzenia. Co najwyżej na jeden dzień. Kupuję po drodze. Lubię zjeść makaron spaghetti, jajecznicę, owoce. Dobrze, gdy najem się od rana. Czasem zdarza się, że są to jednak przypadkowe posiłki. Zdobione po drodze zakupy w przydrożnym sklepiku.

Nie zawsze kupię tam, to co bym chciał. Podobnie bywa w barach, restauracjach. Uważam jednak, że są to uroki moich podróży.

Dalej od Boboty jadę przez Moiad i Simleu Silvaniei. Towarzyszą mi na przemian słońce i chmury. Chwilami zapowiada się na ulewę, ale nie pada. Docieram do pierwszego noclegu w nowo poznanym dla mnie kraju w miejscowości Boghiş. Malownicze miejsce. Pensjonat, tuż za plecami kościół po prawej stronie od mojej dzisiejszej miejscówki znajduje się komisariat policji. Choć bardziej wygląda to na małe pomieszczenie, a przynajmniej takie wrażenie sprawiają drzwi do tej jednostki. Wchodzę do pensjonatu. Opieram na tarasie rower na nóżce. Podchodzę do baru w budynku i melduję swoje przybycie. Wychodzi właściciel, dogadujemy się dość jasno w języku angielskim. Przynajmniej tak mi się wydaje. Rower zostaje na dole, a ja instaluję się w pokoju. Pokręciłem się chwilę i zaszedłem jeszcze do baru, który był na dole w pensjonacie, by coś zjeść. Do zamknięcia pozostało już tylko kilkadziesiąt minut.

W podróży zachowuję się niestandardowo i pozwalam sobie na przykład na pizzę wieczorem. Pizza kupiona w sklepie obok, podgrzana w barze. Swojej nie mieli i ogólnie wybór niewielki. Trochę potrwało zanim moja kolacja była gotowa. W zasadzie zbliżała się już godzina 21. Pani bufetowa zaczęła uprzejmie wypraszać gości z tarasu.  Ja siedziałem w środku. Większość ludzi wyglądała na stałych bywalców baru. Każdy na hasło szefowej dopijał co jego po czym … wsiadał w auto, zapuszczał silnik i w drogę. 

Uroku tej, jakże już rzadko spotykanej u nas scenerii dodaje fakt, że najbliższym sąsiadem baru jest posterunek tutejszej policji. Jak nietrudno sobie wyobrazić wszyscy się tu znają. 

Ja tym czasem kończę jeść swój posiłek i idę na górę spać. Rano urzeka mnie piękny widok na niebo, kościelną wieżę i pobliską stodołę przeznaczoną chyba do rozbiórki. Jadę w kierunku miejscowości Ban

Tutaj na górskim wzniesieniu spotkałem sympatyczną panią w sile wieku wypasającą swoje kozy. Zagadnąłem jak zwykle, chyba o drogę. Pies obok ujadał na mnie niemiłosiernie. Stoję w miejscu, trzymam rower, uspokoił się trochę. Pani pyta

– Polonia? Autokare? Zaprzeczam i odpowiadam po polsku…

– No nie, ja tak „cyklicznie”. 

Opowiadam kobiecie skąd, dokąd i że cały czas na rowerze. Patrzy, uśmiecha się i kręci głową. Pytam, czy mogę zrobić nam wspólne zdjęcie,

takie do publikacji. Mam zgodę. Cieszę się. Jadę. Macham na pożegnanie. Kilka kilometrów dalej czeka nas z Authorem przeprawa przez płytką rzeczkę, a może to tylko strumyk był? Przeszliśmy spokojnie. Buty wyschły po pół godzinie. Miesiąc później usłyszałem na zajęciach jogi:

-,, dobrym ludziom słońce świeci ” i przypomniała mi się ta sytuacja. W końcu Author to rower z duszą.

W Cizer odwiedzam muzeum, skansen domów krytych słomianą strzechą. Mogę obejrzeć jak tu dawniej bywało, choć wciąż mam wrażenie, że Rumunia to podróż w czasie. W czasie – do lat które minęły, do tego czego w Polsce już nie ma.

Z szacunkiem dla tego kraju, bo nie piszę tu o żadnym zacofaniu. Prędzej o kulturze, z której mogę czerpać i brać przykład. Nigdzie wcześniej nie zatrzymał mi się samochód na drodze by wypuścić mnie rowerem z podporządkowanej. To była krajowa, ruchliwa droga nr 1. Żadna boczna wiejska ścieżka.

Traktory, bryczki pełne siana, ludzie machający na powitanie. Zaciekawienie ludzi, ich zainteresowanie się drugim człowiekiem. ,,… I jechali dalej, dalej …” jak w piosence Laskowskiego.

Dalej spotykam duże stada zwierząt hodowlanych. Głównie krowy, które beztrosko wychodzą na drogę.

Auta zwalniają już z daleka. Jedni wymijają stado inni czekają, aż będzie miejsce. Robię mnóstwo zdjęć. Mam dobrego kolegę, który uwielbia zdjęcia krów właśnie. Siłą rzeczy muszę mieć te fotki z każdej podróży. Bez nich podróż jest nieważna. To jak wizyta w dyplomacji, najlepiej kiedy jest się z osobą towarzyszącą, małżonką. Oczywiście wiem, że nie jest to najlepsza analogia, ale czy krowy nie są sympatyczne? A jeśli nie są, to może czas zmienić ten stereotyp. Kolejne spotkanie tego dnia mam, jakże niezaplanowane, ze znudzonym pasterzem i jego owcami.

Sączy chłop samotnie puszkę piwa pod drzewem i ożywia się na mój widok. Jeszcze go nie widzę, skupiam się na stadzie. Fotografuję. Wstał. Macham na powitanie. Jest odzew. Podjeżdżam bliżej. Złażę z roweru, zagaduję. Wspólne zdjęcie, pytam z nawyku o najbliższą miejscowość i jadę dalej. Zbliżam się do Kluż-Napoka. Po drodze Ciucea i restauracja. Wreszcie. Jestem mocno głodny. Na początek zamawiam zupę. Okazuje się że to mi wystarczy bo kelnerka przynosi całą wazę, która starczyłaby dla czterech, pięciu osób. Do zupy chleb. To chyba gulaszowa była.

Dużo mięsa, warzywa. Zauważyłem, że w wielu miejscach w Rumunii tak właśnie podają zupę. Waza i obowiązkowo chleb. Chleb zresztą podawany jest do wielu dań nie tylko w Rumunii. Na Węgrzech dostałem kilka skibek do porannego omletu. W czasie, gdy czekałem na zupę, na tarasie podszedł do mnie człowiek. Wyglądał na bezdomnego. Prosił o pieniądze. Podzieliłem się jedzeniem, które miałem w sakwie. Chciałem zaprosić go na zupę, ale zniknął tak samo nagle jak się pojawił. Kiedy kobieta przyniosła zupę zapytałem tradycyjnie o drogę. Konkretnie chodziło mi o to czy jest inna alternatywa poza krajową Jedynką. Nie ma. Cóż było robić. Do przodu. Trochę tłoczno. Po drodze słyszę klaksony. Z początku myślałem, że komuś przeszkadzam. Później zrozumiałem, że to pozdrowienia polskich kierowców ciężarówek. Cały czas wiozę przecież na ogonie ,, tablicę rejestracyjną “ , naszą biało czerwoną, którą wiatr eksponował i widoczna była z daleka. Zakupiona po drodze na rynku w Rzeszowie. Niektórzy po minięciu mnie włączali awaryjne światła. Naprawdę miło. Rejestracje KT, PZ. Zresztą jadąc przez całą trasę podobne pozdrowienia miałem od osobówek. Duża serdeczność tego typu spotykała mnie między innymi ze strony Węgrów. 

Parny, gorący dzień. Przed Luna de Sus tak po naszymu pompa. Rzec można by – oberwanie chmury. To powitanie Vlada, pomyślałem. Czułem tego ducha. Mocnego czułem też później na trasie Transfogaraskiej. Dla podkręcenia wizji  będąc w górach Fogarskich, włączyłem sobie film Coppoli ,,Dracula”. Tam miało to szczególny smak i trudno to opisać. Był jakiś dreszcz. 

Opisuję tę historię przeglądając zdjęcia, które tam zrobiłem. Jest ich w sumie ponad dwa tysiące, może dwa i pół. Ważne, że dzięki temu mogę tam znów być. Zieleń, owce i oto dojeżdżam do zabukowanej na dziś miejscówki we Floreşti. Jestem kwadrans kilometrów od Kluż – Napoka. Okazuje się że mam dziś  spać w pięknym otoczeniu kolorowego blokowiska, gdzie na spacer wychodzi się z psem i… koniem. Uwieczniam te niezwykłe chwile pośród życzliwie uśmiechniętych opiekunów tych stworów.

Przyjęcie, a w każdym bądź razie pierwsze wrażenie w pensjonacie Carol, kilkaset metrów dalej nie jest już tak przyjemne. Przed wejściem do budynku młody człowiek zagradza mi drogę i pokazuje na Authora. Stanowczo, że z rowerem nie wejdę za próg. Tłumaczę więc, że mam tu rezerwację, ale on swoje, że ja tak, rower nie. Obok mają z tej sytuacji niezły ubaw dwie panie siedzące przy stoliku. Przed chwilą siedziały razem z młodym jak się okazuje recepcjonistą. Zostawiam rower, wchodzimy do recepcji. Meldunek, formalności i najważniejsze – negocjacje o nocleg dla Authora. Mimo zmęczenia powstrzymuję emocje. Piszemy przez translator. Płacę. Okazuje się, że przez pomyłkę firmy Booking mam nocleg za pół ceny w świetnych warunkach. Tłumaczę panu, że rower z Polski produkowany w Czechach ma duszę i że nie przypnę go na noc do drewnianej sztachety przed wejściem budynku. Zgoda, jest zgoda. Wchodzimy razem. Niosę go wszędzie pod pachą, by nie zostawić śladów. 

Rano wyruszam do Kluż. Śniadanie w Rhedey Cafe w centrum Cluj. 

Omlet, ser, szynka, kawa. I ruszam dalej. Wyjazd ze stolicy Siedmiogrodu daje popalić, jest mocno pod górkę. Kolejna miejscowość to Vâlcele i proste skojarzenie. Do celu! Rób swoje. Nazwa blisko trzytysięcznego miasteczka dodaje mi energii. Dalej jest Turda. Kierowca miejskiego autobusu sygnalizuje manewr zawracania na drodze do pętli. Hamuję, przypuszczam. Kawałek dalej robię zdjęcie znaku z powitaniem ,,miasto Turda”. Ten kierowca podchodzi do mnie i z daleka mówi coś o telefonie. Myślę, może mu się popsuł i chce skorzystać z mojego. Okazało się że pan chciał zrobić zdjęcie mnie pod ,,Tudrą” na pamiątkę. Moim aparatem. Zrobił. Ba, wywarł na mnie świetne wrażenie, gościa ubranego w nienagannie odprasowanej białej koszuli pod krawatem. Jadę dalej, mijamy się znów na trasie, ustępuję kiedy wyjeżdża z przystankowej zatoki. Ukłon, machanie ręką, wszystko będzie dobrze… jak w piosence. Każdy jedzie w swoją stronę, ale takie drobne gesty zostają w pamięci. Zastępują stereotypy, wkodowane schematy. Po drodze zatrzymuję się przy straganie z owocami i naturalnymi sokami. Jest też miód. Kupuję kilka jabłek.

Wszystko z własnej uprawy, którą widać z daleka. Aplikacja  ,, zdrowe zakupy” absolutnie się tutaj nie przyda. Jest zdrowo. Dwa, trzy, a może pięć kilometrów przed hrabstwem Alba są takie fajne skały. Pomyślałem, zrobię zdjęcia. Dużo miejsca, dużo czasu, wakacyjna przestrzeń. Po kilku chwilach zatrzymuje się obok osobowe auto. Wysiada z niego uśmiechnięty gość i zagaduje do mnie,

-Jak ja się czuję?

Patrzę, tablice rumuńskie. Facet płynnie po angielsku. Odpowiadam, że wszystko w porządku. Mówi, że też jeździ rowerem. Niewiele kilometrów. Obawia się tirów na drodze. Pyta skąd i dokąd jadę. Biało czerwone barwy zatknięte na bagażniku dla mnie są jasne. Dla wielu spotkanych ludzi w podróży po Europie być może też teraz staną się jaśniejsze. Jak nasze spotkanie. Ludzie, których nie znam, a wydaje mi się po takim spotkaniu, że znamy się od zawsze. To pokazuje, że w samotnej podróży rowerowej, samotność nie istnieje. Tak jak i pojęcie – niemożliwe. Na pożegnanie gość przynosi mi z auta owoce i częstuje na drogę. 

Dziś docieram do Rimetei. Malownicza miejscowość charakteryzuje się białym kolorem domów. Dachy cztero spadziste jak u Węgrów. Bodaj w 1601 roku w tej okolicy zamordowany został Michai Viteazul, słynny władca Wołoszczyzny po naszemu Michał Waleczny. Władca ten zdołał podporządkować sobie Mołdawię i właśnie Siedmiogród. Położenie Rimetei jest wkomponowane w tle Góry Seklerskiej. Widok całości zapiera dech. Przynajmniej mój astmatyczny. 

Nocleg miałem z wyżywieniem. Domowe jedzenie. Pyszne. Pamiętam był gulasz, ziemniaczki, ogórki. Proste potrawy, a jakże po królewsku smakują w podróży. Rano zryw i do boju. Kręcimy kolejne kilometry. Docieram do Alba Lulia. Podziwiam górną część miasta i z niej panoramę domów. Po drodze zatrzymuję policjanta i pytam o drogę. Chyba idzie na służbę, a może jest już po pracy. Uśmiechnięty policjant z zaangażowaniem i przyjemnością udziela mi informacji. Kiedy pytam, czy mogę jechać krajową Jedynką w stronę Sibiu, odpowiada, że tylko tą drogą. Jadę. Po drodze mijam kolorowe Apuldu de Sus. Jeszcze więcej kolorów dodaje tej miejscowości przelotny deszcz i wspaniała tęcza. To wszystko razem cieszy oko i duszę. 

Mijam Sibin (Sibiu) i docieram do Selimbar, gdzie miałem mieć nocleg. Okazuje się jednak że popełniłem błąd przy rezerwacji i zabukowałem inny termin. Właściciele przekierowują mnie do innych pensjonatów. U nich dziś jest komplet gości. W koszty podróżowania są wliczone moje błędy, zmęczenie, usterki roweru i wiele innych, które jestem gotów ponosić. Wszystko i tak ma happy end, skoro sam aut(h)or jest happy. 

Znalazłem spanie w pensjonacie Maria. Wciąż urzeka mnie ta prostota „hotelowa” – Carol, Renata, Maria. Na obejściu posesji pojawiają się oprócz właściciela goście. Mołdawianin i chyba Francuz. Całą rozmowę tłumaczy Mołdawianin. To znaczny ma fuchę tłumacza w dzisiejszym wieczorku zapoznawczym. Poruszony zostaje temat jak to Polacy nie lubią Rosjan. A także ilu moich rodaków wyjechało do Francji. No i temat aktualnej mojej wyprawy. Między innymi temat tego, że zamknięta wciąż jest Trasa Transfogaraska na którą zmierzam. Tak to prawda, śniegi w górach Fogarskich widać już z daleka. 

W kolejnym dniu podróży odkrywam, jakoś po śniadaniu w Sibiu, że wyłamała się jedna ze szprych. Nie jest to pierwszy taki przypadek, więc postanawiam poszukać fachowca by przy okazji wycentrować koło. Pod warsztat podprowadza mnie po drodze napotkany rowerzysta. Kilka minut po otwarciu, a serwis wciąż zamknięty. Po chwili jednak pojawia się mechanik. Pyta w czym problem. Wprowadza mnie gdzieś przez bramę, podwórze. Wszystko jest takie, że trudno to opisać. To się po prostu dzieje. W zeszłym roku w Budapeszcie też miałem podobne wrażenie (obręcz koła była do wymiany), że tam też mechanik jakby na mnie czekał.

-Pytam się jak długo potrwa naprawa. Godzinę. Słucham ?

Tylko godzina na pieszą wędrówkę i zwiedzanie Sibiu. Uśmiecham się dziękując i lecę w miasto. Gdzieś na straganie kupuję miód. Piękne widoki, podobnie jak w Albie z góry. Uwielbiam w ten sposób podziwiać dachówki. Niektóre są wtedy całkiem blisko. W kawiarni Atrium korzystam z darmowego wi-fi. Rozmawiam chwilę z kelnerką, która przynosi mi szklankę zimnej wody. Gorąco jest jak na czerwiec przystało. Wszedłem, dziękując kelnerce za wodę i dobre słowo. Idę przez most. Kilka zdjęć. Zbiegam na dół po schodkach jak w latach młodości, w wieku szczenięcym. Co tam, wciąż nie czuję swego peselu. Wracam po rower. Serwisant z dużym zaangażowaniem właśnie skręca koło. Płacę kartą. Wsiadam i w drogę. Kierunek Transfogarska. Wyjeżdżam z Sibiu, czuję że jest mało powietrza w kole którym zajmował się mechanik. Podjeżdżam na stację benzynową. Znów ujmuje mnie prostota, tu akurat kompresora. Odkręcam wentyl przy kole, biorę do ręki wężyk, nakładam końcówkę i powietrze leci. Żadnego zacisku, zakładania, szukania przycisków na kompresorze. Jak mawia strażak na zajęciach BHP, kiedy mówi o gaśnicy, naciskam i leci, puszczam – nie leci. Proste. Każdy, nawet siwiejący blondyn sobie poradzi. Ciśnienie musi być w końcu pod kontrolą. Dwadzieścia kilometrów od miasta jest konkretny zjazd. Ciśnienie tym razem jest w uszach. Mam może około pięćdziesiątki, tej na liczniku i kontem oka na dziewiątej, czyli patrz ostro w lewo widzę żółte sakwy. Rower, obok rowerzysta, coś krzyczy do mnie. Chyba po angielsku. Brat sakwiarz coś woła, więc jak tu się nie zatrzymać. Szukam bezpiecznego miejsca do lądowania i nawrotki na przeciwny pas. Gość stoi, gdzie stał, jadę do niego nastawiony znów na własny wstęp o tym, że mój angielski nie jest doskonały. Podjeżdżam i słyszę ,, Już myślałem, że się nie zatrzymasz”. Polak, łza się kręci. Ponad tydzień w drodze. Ojczysty lunch na żywo. Marek z Płocka podróżuje z namiotem. Krzyczał do mnie bo zobaczył flagę i sakwy Crosso, w które przede wszystkim zaopatrują się Polacy. On ma takie same w żółtym kolorze. Dziś jedzie od Maramuresz – mówi. Ja będę tam za kilka godzin.  Opowiadam mu o przygodzie z warsztatem rowerowym i że dzięki temu mogłem zwiedzić miasto. Wymieniamy doświadczenia z trasy. Przez chwilę myśleliśmy nawet o połączeniu sił, ale w końcu staje na tym, że każdy jedzie w swoim kierunku. Wymieniliśmy się numerami telefonów. Kilka dni później Marek przysłał mi zdjęcia z serpentyn na Transfogaraskiej. Ja wjeżdżałem na tę trasę od innej strony.

W miejscowości Axente Sever przez tak zwany przypadek postanowiłem wejść do kościoła. Może będę mało popularny, jeśli napiszę że raczej nie zwiedzam kościołów i cerkwi. Chyba, że coś mnie tam ciągnie, sam już nie wiem co to jest…Wszędzie ta muzyka…I tak też było w tym przypadku. Przejeżdżałem i zajrzałem. Nie żałuję. To jest kościół warowny wybudowany w XIV wieku. Ze względu na znajdujące się tutaj muzeum, które obrazuje życie Sasów Siedmiogrodzkich w czasach najazdów Turków i Tatarów, można to miejsce nazwać ojcem rumuńskich kościołów warownych. Sam kościół w środku zachwycił mnie tym właśnie, że mogłem „przenieść” się w nim do tamtych czasów. Organy, na nich kartki nadgryzione przez czas z nutami i jakieś zapiski. Niezwykły kolor farby jakiej już pewnie dziś nie ma. Ławki, ambona, kurz, stare komże ministrantów, szarfy. Po wyjściu z kościoła można sobie zaparzyć herbatę, kawę. Jest czajnik, kuchnia w takiej wnęce. Podobno można też przenocować w tych murach. Wtedy o tym nie wiedziałem. Pewnie bym skorzystał. 

Jadę przez Medias. Przy drodze w ofercie Romowie sprzedają garnki, patelnie, kanny, dzbanki, czajniki i inny fajans. Mijam jeszcze wspominany Maramuresz. Ulubione stada krów po drodze. Psy szczekają, a ja jadę dalej. Tak. Od niedawna wożę na szyi gwizdek. Kiedy sytuacja staje się groźna, kiedy pies jest blisko, gwiżdżę sobie na niego. Zapewniam jednak, że te konfrontacje nie są ani śmieszne, ani przyjemne. Też bywam trochę jak zwierz, więc sam kieruję się czasem instynktem. Mocno nieraz trzeba kręcić pedałami i wtedy padają rekordy szybkości. Ja się pytam, gdzie wtedy jest pomiar prędkości? Psy najczęściej gonią tylko w swoim obszarze. Później pałeczkę przejmują inne psy, ich „sąsiedzi”. Każdy ma swój rewir. Groźne mogą być nocą, w większej grupie. Tak jak i ludzie. Każda sytuacja jest indywidualna. Najgroźniejsza jest jednak jak się okazuje moja własna wyobraźnia. Także i nocą, kiedy podobno wszystkie koty są czarne. Chyba nie macie nic do kotów? To dobrze. Ja też nie. 

Przed Şaroşu pe Târnave pasterz prowadzi stado krów. Macham. On w odpowiedzi zdejmuje czapkę, może to beret, nie widzę dobrze z tej odległości i też macha tym nakryciem głowy. To nie zdarzyło mi się nigdy wcześniej. Tacy tu ludzie. Dojeżdżam do Sighişoary, tu dziś śpię. Przemili i bardzo pomocni – jak się okazuje – właściciele. To wszystko jakoś tak się dzieje w tych rowerowych podróżach.  Czy myślicie , że ja miałem wielkie parcie na zwiedzanie Sibiu, albo teraz Sighişoary? Otóż nie. Czasem w podróży pogania mnie własna myśl. Czasem zmęczenie pogania mnie … do łóżka spać. O Sibiu już wiemy, że zadecydowała usterka. Czy też cokolwiek to było. Tutaj właściciel z wysoką kulturą osobistą, facet jakby z wyższych sfer. Tak go zapamiętałem. Przyjmowała mnie kobieta, która mówiła o nim Patron. Tenże patron pojawił się tego późnego popołudnia, kiedy przyjechałem, tylko na chwilę. Pokazał mi, że mam tu wszystko zostawić w pensjonacie i wygonił mnie niemal dosłownie, bym poszedł  podziwiać miasto. Oraş, cetate ! Miasto, cytadela! Skąd on wiedział, że rankiem pewnikiem wsiadłbym na rower i pojechał dalej? Owszem, mógłbym powiedzieć, że byłem, przejeżdżałem, ale co zobaczyłem? A tak, co zobaczyłem to moje i zasługa Patrona, który co tu dużo mówić, czuwał. Idę więc, lecę wręcz i rzeczywiście jest tak jak mówił. Pięknie.

Wspinam się, bo jak zwykle tutaj w Siedmiogrodzie, miasto jest położone na wzgórzu. Cytadela. Kolejna warownia Sasów. Starówka. Kolorowe domki. Wieża Zegarowa, Kościół Klasztorny, Schody Szkolne, Wieża Szewców, Wieża Powroźników, Rzeźników, Kuśnierzy. To wszystko zachwyca. Mówią, że to najpiękniejsze i najlepiej zachowane miasto w Siedmiogrodzie.

Sighişoara nad Wielką Tyrnawą. Z góry podziwiałem panoramę, rzekę i zachód słońca. W jednym z domów według tabliczki jaka na nim była umieszczona, mieszkał przez cztery lata słynny Vlad Palovnik, zwany Draculą. Drac od smoka. 

Po drodze kupiłem gdzieś w bistro spaghetti na wynos. Zaczynało się ściemniać. Wróciłem do pensjonatu. Ten bajecznie podświetlony był, jakby chodziły po nim kolorowe punkty jakieś. Taka trochę bajka. Wszędzie kolory, żadnej szarości. Życie nabiera kolorów. Nawet tuż przed snem. A, może zwłaszcza przed snem. Sypiam dobrze w podróży. Rano znów spotykam Patrona. Wymiana uprzejmości, pyta jak się spało. Z wielkim zaangażowaniem podprowadza mnie do wiszącej w holu mapy, kiedy mówię że jadę na Braszów, Bran i pokazuje trasę. To jest patron, przewodnik, opiekun. Takich miejsc, dzięki ludziom takim właśnie się nie zapomina. Mówił gdzie jest bezpiecznie, którędy jechać.

Gdzieś przed Rupeą widząc przydrożną restaurację postanowiłem zjeść obiad. To znaczy to co przypadnie mi w udziale z własnej angielszczyzny. Z rosołem się udało, a na drugie danie były warzywa na zimno. Cały półmisek, także apetyt został zaniepokojony. Może nie do końca o takie drugie danie mi chodziło, ale generalnie uznałem, że tak mi przypadło. Wsiadłem na rower i udałem się w kierunku miasta Brasov. Patrzę po lewej stoi jakieś zamczysko. Jadę pod tę górę nie małą. Zszedł chyba kwadrans. Jestem u góry. Chce kupić bilet i okazuje się, że w przydrożnej knajpie zostawiłem paszport i jakieś drobiazgi w worku. Z powrotem zatem na dół. W drodze rozważam, czy tu wrócę, czy nie na zamek w Rupea. Umawiamy się miejscowym diabłem tak … Jeśli worek będzie i nic nie zginęło, to wracam. Wpadam ma taras, tam gdzie siedziałem, worka nie ma. Już przecież jadąc tu z powrotem miałem wytypowanych sprawców. Był wyrok i pal. Pal to licho, cały plan sądu kapturowego wziął w łeb. Kiedy wszedłem do WC wbiegła tam za mną kelnerka z moim workiem. Naprawdę się ucieszyłem, podziękowałem i odłożyłem wyimaginowane akta sprawy. Znów jazda na zamek. Pot kapie zewsząd, nawet z Authora. Jednak w środku jest pięknie na tyle, że i trzeci podjazd byłby tego warty. Z góry patrzę na Rupea Gară

co dosłownie można przetłumaczyć jako Łamana Stacja Kolejowa, lub Łamany Pociąg. Widzę stąd kilka dróg i wiem już która najbardziej mi się podoba i że tą pojadę dalej. Popołudniu docieram pod Braszów. Stacja benzynowa. Podjeżdżam. Pytam o dalszą drogę. Mam nawigację, ale czasem lubię pytać. Czasem też coś tam nie działa z tą nawigacją i zachęca mnie to do kontaktu z ludźmi. Pytam więc jednego pracownika stacji, który próbuje mi coś tam pokazać w swoim telefonie. Drugi pracownik w tym czasie żywo zainteresował się moim rowerem, który pozostał na zewnątrz. Ogląda i ogląda te naklejki i flagę. Co to za barwy, skąd ten facet jedzie? Wyszedłem na zewnątrz. Coś było nie tak z telefonem pana, który chciał wskazać drogę.
Zagadnąłem zainteresowanego moim rowerem.
– Polonia – mówię.
– Din Polonia pe bicicletă? – patrzy na mnie zdziwiony.
– Aşa – potwierdzam.
Pytam o tę drogę do mojego dzisiejszego noclegu. Uśmiecha się. Pokazuje mi, że mam tu czekać. Idzie na zaplecze. Wraca po chwili. W ręku trzyma kilka kartek formatu A4. Macha żebym szedł za nim. Prowadzi do jednego z wolnych stolików. Siadamy. Szuka długopisu, nie ma, podaję swój. Rozkłada kartki na stole i zaczyna rysować. Tłumaczy przy tym patrząc mi w oczy, czeka aż potwierdzę, że zrozumiałem. Światło to lampa, armata to wojsko, gara to pociąg. W Poznaniu gara, to upał! Wszystko proste, klarowne, poparte konkretnym szkicem. Mam jechać cały czas prosto. Mijam po prawej koszary, po lewej pociąg (stacja kolejowa), trzy krzyżówki z lampami, to znaczy z sygnalizacją świetlną. Trudno nie zrozumieć. Wytłumaczył jak dziecku. Rumunia to taka bajkowa kraina.

Na koniec facet dodaje, że sam mieszka ulicę obok. Serce rośnie.

zapraszam na ODCINEK 3

One Response

  1. Avatar

    Teraz już zamawiam u Ciebie Piotrusiu takie relacje z każdej Twojej wyprawy. Nawet tych krótkich – krajowych. (Przy braku rogacizny śmiertelnie się nie obrażę) Mimo, że te fotki widziałem już wcześniej, to z tym Twoim komentarzem patrzę na nie jakbym widział je pierwszy raz. Dobra robota po wspaniałej wyprawie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *