ODPOCZYNEK W DRODZE/ODCINEK3

zapraszam na ODCINEK 2

Braszów – jedyna miejscówka z zagranicznych, gdzie bukuję dwie nocki. Tylko po to by następnego dnia pojechać – także rowerem  – do Zamku w Bran, wrócić i tą samą trasą jechać kolejnego dnia dalej. Słowem bez sensu, ale błąd w cenie biletu. Jakby nie czytać tu słowo bilet, ten do zwiedzania zamku w Bran kosztuje 40 lei na osobę. Około 40 polskich złotych. Wybierając się tutaj z rodziną parę złotych trzeba mieć. Złotych lei rzecz jasna. Zamek zadbany, także od strony marketingowej. Mnóstwo pamiątek na straganach

i w samym zamku. Sam hrabia Dracula jak wiemy, albo i nie wiemy, spędził tutaj jeden lub dwa dni, przetrzymywany w celi. Miejsce, gdzie rzeczywiście urzędował słynny Vlad Palownik znajduje się niecałe 70 kilometrów stąd. Zamek Poienari, o nim mowa. Tam też się wybieram. Przynajmniej był taki plan. Wcześniej jednak w drodze powrotnej z Bran zwiedziłem także przepiękny, kolejny zamek w Rasnov.

W starym domu przy drodze, gdzie spałem na kolację kupiłem arbuza, parówki, pieczywo, cały czas używałem miodu do picia, słodzenia. Banany to już norma. Droga pomiędzy Braszowem, a Bran jest remontowane. Kładą asfalt. Ruch wahadłowy. Przeciskamy się z Authorem, zachęceni przez drogowców, po nitkach, na których oni w tym czasie robią swoją robotę. Po nitkach do kłębka. Kolejny dzień kręcenia i wczesnym popołudniem docieram do Čăpătineni blisko Curtea de Arges. Tu już po drodze zatrzymuje mnie para poruszająca się samochodem. Trudno nam się porozumieć. Chyba mówią coś o miodzie. Skąd oni wiedzą? Jakieś pół godziny wcześniej kupiłem świeży słoik przy drodze. Wziąłem większy bo cięższy, a ja lubię sobie dowalić i uwielbiam, gdy jest po poznańsku, taniej. Nie! Tu nie o miód chodzi, a o smakoszy tych słodkości. Piszemy już z kierowcą osobówka przez translator w telefonie. Internet ledwie funguje – jak mawiała dziewczyna po słowackiej stronie. Chodzi o niedźwiedzie! Coś tam wcześniej czytałem przed wyjazdem, ale żeby były bardziej popularne niż Bayer Full na dożynkach, to nie wiedziałem. Rzeczywiście w wielu miejscach plakaty z rodziną misiów plus. To znaczy dwa plus dwa. Dwa duże i dwa małe. Ostrzeżenia powtarzają się z ust sympatycznie podchmielonego klienta baru pensjonatu, gdzie mam nocować. Wyprowadza mnie na drogę jak starego kumpla – wcześniej się zameldowałem i zostawiłem rower – i odpowiada z zapałem. Niedźwiedzie podchodzą często też pod gospodarstwa, a na ruiny zamku Poienari, to mogę sobie popatrzeć. Opowiada i pokazuje mi palcem siedzibę sławnego Krwiopijcy. Ogólnie jest sympatycznie. Bydło łazi po ulicy, konie hasają

i pierwszy raz widzę czerwone owce.

Jeszcze o tym nie wiem, ale już jutro spotkam się także po raz pierwszy ze strażnikami terenu Draca. Do tej pory niedźwiedzie widywałem tylko w ZOO lub w cyrku, dawno temu, kiedy byłem dzieckiem. Przy tej okazji chcę nadmienić, że do cyrku nie chodzę od bardzo dawna, a także od jakiegoś czasu nie odwiedzam ogrodów zoologicznych. Niewola. To nie dla mnie. Jestem za tym by te więzienia zlikwidować! Nasi bracia nie są nam nic winni, byśmy musieli zamykać ich w klatkach. Najczęściej jest odwrotnie. Podaruję sobie jednak ten temat, przynajmniej tutaj. Idę spać. Cisza, spokój, wioska. Ma swój urok.

Rano wychodząc z pokoju, spotykam właścicielkę. Z uporem maniaka pytam o ruiny zamku, drogę przez góry, czy przejadę? Kręci głową na NIE, dotyka dłonią mojej ręki i tłumaczy po rumuńsku.

– Ty sobie chłopie jedź wzdłuż Vidraru (jezioro wzdłuż Trasy Transfogaraskiej), zobaczysz piękne jezioro i trasę. Wrócisz z powrotem. W górach leży śnieg. 

Wymyśliłem jednak, że OK, posłucham kobiety, ale wcześniej zrobię pieszy rekonesans dotyczący zabytkowej budowli Poienari. Idę, mijam fajny mostek

po lewej, choć może to bardziej kładka. Pod nią bujna zieleń i strumyk. Po drodze przyłącza się do mnie biały pies.

Jest taki wystraszony jakiś, oczy zaropiałe. Idziemy, raz on prowadzi, raz ja idę parę kroków z przodu. Konsumujemy wspólnie suchą bułkę. Śniadanie, taki tam szwedzki stół, że wsio dzielimy na pół. Wychodzimy z Čăpătineni i podchodzimy już bliżej schodów. Po lewej jest jeszcze jakaś restauracja i właśnie z za niej wychodzi wataha samotnych psów jakich wiele w Rumunii. Tym razem jest ich kilkanaście. Idą prosto na nas i choć akcja nie dzieje się w samo południe, to widać gołym okiem, że chłopcy z ferajny nie mają pokojowych zamiarów. Łapy osuwają im się na kabury, to znaczy w tym przypadku akurat górne wargi podwijają się pod nos pysków. Szczerze szczerzą kły. Gdyby atak nastąpił na mnie, to mógłbym sobie nie poradzić. Obrona przez atak była jednak rozłożona na kilkanaście stworzeń. Jasne, każdy z nich w tej społeczności miał jakąś swoją rolę. Wyszło na to, że mój biały towarzysz został postraszony i kawałek przegoniony z terenu, który już pewnie nie był jego. Nie wiem, czy to śmieszna, czy dramatyczna historia, ale ja w dalszej części niedługiej już drogi jak mi pozostała, zostałem przejęty przez dwa tym razem psy. Tak właśnie się czułem. Przejęty przez strażników tego terenu, terenu Draculi. Dwa czarne psy, podobne z postury do dzikich psów Dingo prowadzą mnie teraz zgodnie z procedurą strażników. Jeden szedł z przodu,

drugi z tyłu. Reszta ferajny została tam przy restauracji. Wtedy na słynnej trasie Dn 7c wydawało się to wszystko takie niesamowite.

Podchodzę pod furtkę, która prowadzi do schodów. Tysiąc czterysta osiemdziesiąt stopni prowadzi do ruin Zamku Poienari.

Furtka zamknięta na kłódkę. Na niej kolejny plakat rodziny misiowatych, których to plakatów wiele wkoło. Napisane, że jest zakaz poruszania się drogą do zamku ze względu na brunatnych mieszkańców. Obok jest bar kawowy, pani właśnie otwiera. Znów zaczynam swoje ,,Chan, Chan”, że może jednak jakoś tam wlezę. Stara melodia, ale jakże na czasie, skoro tutaj już dotarłem. Pani także rozwiewa moje nadzieje na zdobycie twierdzy. Odpuszczam. Zawiedzionych jest więcej. Przyjeżdżają samochodami. Wracam do wioski po rower. Wjeżdżam na Transfogarską.

Na tą którą oglądałem w domu na You Tubie, choć trochę inną. Tam były serpentyny. Od tej strony ich nie widać, aż tak, jest za to dużo zieleni, jezioro Vidraru, piękne mosty, kładki, tunele. Od skał odpadają kawałki wprost na trasę.

Znaki drogowe ostrzegają o tym zagrożeniu. Fascynujące. Tunele są mroczne, ciemne, z góry kapie woda. Ruch niewielki na drodze, chociaż pojawia się coraz więcej motocyklistów. Patrzę na dół w tą zieleń i płynie tam strumyk. To w sumie początek trasy, tuż pod twierdzą Vlada. Patrzę raz jeszcze i dreszcz, że to rzeczywiście są… niedźwiedzie. Odległość wydaje się bezpieczna. Biorę do ręki telefon i robię zdjęcia. Wibracje, ktoś dzwoni? Nie to są emocje, ręka trzęsie się ze strachu, z przeżywanej chwili, nie wiem? Matka z dwoma małymi niedźwiadkami.

Brakuje taty, chyba został jeszcze na plakacie by straszyć tych niedowiarków jakim i ja byłem do teraz. Niedźwiedzica, gdyby chciała, to w paru susach dopadła by mnie na trasie, wdrapując się do góry. Raczej jednak nie zostawi młodych na dole, tym bardziej, że mnie nie dostrzegła. Nie czekałem na to. Po kilku fotkach wsiadłem na rower i pojechałem przed siebie. Teraz jednak w głowie pojawiły się wszystkie wcześniejsze ostrzeżenia miejscowych. Na jednym z mostów znów przystanąłem, by zrobić kilka zdjęć. W oddali zatrzymało się auto. Gość wysiadł i idzie w moim kierunku. Coś próbowałem zagadnąć po angielsku. Nawet dobrze nie zacząłem i słyszę.

-Ze mną możesz mówić po polsku

No to się ucieszyłem. Po wymianie uprzejmości i kto skąd i dokąd nastąpiła jakaś forma ostrzeżeń chyba, z ust pana pod moim adresem, którą jednak z pokorą przyjąłem. W każdym razie on by się tutaj nie pchał z rowerem. Stwierdził. Rzeczywiście nie zdziwiło mnie to, bo chyba rowerowe doświadczenie w wojażach faceta było niewielkie. W każdym razie życzyliśmy sobie dalszej, szerokiej drogi i rozstaliśmy się w pokoju, stojąc na moście. Kręcę dalej, kolejna kładka, most: fotki, dużo fotek. Tunel, ciemność, widzę ciemność, zakładam czołówkę. Zdjęcia. Raj. Wyjeżdżam i oto jest początek jeziora Vidraru.

Cumują tu i opływają jezioro z pasażerami niewielkie jednostki pływające. Jest jakiś autokar z wycieczką. Jadę dalej, jeszcze kilka kilometrów i są restauracje. Mijam je i tuż kawałek dalej auto z naprzeciwka. Kierowca wyciąga rękę przez okno kiwa bym się zatrzymał. Pokazuje ręka do tyłu za swoim autem. Cóż – kolejny niedźwiedź. Siedzi przy drodze i czeka. A cholera wie, może na mnie. W każdym razie do śmiechu mi wtedy nie było. Gwizdek na szyi i to wszystko. Wypchane sakwy, rower. To wszystko zwraca uwagę. Jak się potem okazało ludzi. Tego niedźwiadka przysłoniło po chwili dwóch kierowców swoimi autami. Kiwnęli do mnie, żebym przejechał. Jadę więc dalej. Miś został. Miał u miejscowych sesję fotograficzną. Było trochę pod górę. Pogoda zaczęła się zmieniać. Jak to w górach. Dojechałem do jakiegoś hotelu przy trasie. Zaczęło mocno padać. Wszedłem, zamówiłem zupę . Za pokój – drogo. Sprawdziłem na Booking, niedaleko stąd było trochę taniej. Podjechałem. Okazało się, że do szlabanu mam około pięciu kilometrów. Szlaban jest po to, by dalej już nikt nie jechał. Nie da się tłumaczyli, że śnieg.

Trasa została jak się później okazało – otwarta po trzech tygodniach. Autor tego tekstu jednak wraz ze swoim Authorem pragnęli sprawdzić to osobiście. Pragnęli być na tej Ce Siódemce (mając trzy szóstki w polisie ubezpieczeniowej), bo to właśnie droga była i jest celem!

Mając w hotelu za oknem czarne chmury i mgłę jak na Transylwanię przystało, a w pokoju wi-fi, włączyłem You Tube. Tam odpaliłem film, którego wcześniej nie oglądałem. Dracula w reżyserii F.F. Coppoli. I cóż pisać, że świetny film? Zapewne. Zapewne też w tym otoczeniu przyrody, po dniu realnego ocierania się o strażników tego terenu. Jednak byłem zbyt zmęczony i zasnąłem po niedługim czasie. Nie obejrzałem filmu do końca, do dziś. Więc nie mogę odnieść się do całości. W filmie padają jednak słowa wypowiadane przez hrabiego, które mi utkwiły w pamięci; ,,Wierzy pan w przeznaczenie, w to że nawet czas można zatrzymać dla określonego celu?” I to mnie czasem dopada w tej, czy innej podróży.

12 czerwca 2019, około ósmej rano po śniadaniu wyruszam w stronę szlabanu. Pogoda dopisuje. Przepiękne widoki skał i zieleni kierują mnie w nowe życie.

Po drodze mijają mnie motocykliści. Jak się później okaże Austriacy. Przy szlabanie zrobiliśmy sobie wzajemnie kilka pamiątkowych zdjęć.

Do Cartisoary nie dotarłem tą drogą. Co więcej, nie wracałem w związku z tym przez Sybin. Cofnąłem się do Curtea de Arges. Liczyłem się jeszcze z możliwością spotkania niedźwiedzi na trasie. Spokój wewnętrzny jednak i dobrze przespana noc przełożyły się jednak chyba na świat zewnętrzny. Niedźwiedzi już nie spotkałem. Przez kilkadziesiąt kilometrów na trasie nie ma żadnych sklepów. Wodę nabierałem z wysoko spływających górskich cieków, strumieni.

Z powrotem było też z górki. Przed Curtea de Arges zaczęło padać. Postanowiłem, że tutaj wsiądę w pociąg i pojadę tam dokąd on jedzie. To było nowe doświadczenie.

Nie wiedziałem nawet, czy nas wezmą z Authorem. Wzięli. Wcześniej czytałem, że rower biorą ewentualnie jako niestandardowy bagaż. Tak więc we wspomnianym już Curtea stoi na stacji gara, czyli pociąg rumuński. Taki jakby nasz szynobus. Dwóch kolejarzy. Jeden odsyła mnie do drugiego, że to niby z tym panem mam załatwiać zgodę na przewóz roweru. Konduktor melduje, że do odjazdu mamy dwadzieścia minut. Mam wsiadać. Tak. Bicicletă też. Znaczy rower. A dokąd to jedziemy? Zapytuje grzecznie. Spre Bucuresti. Słyszę odpowiedź. A co mi tam, niech będzie stolica. Ruszamy. Konduktor ubrany świetnie, jakbym widział konduktorów polskich trzy dekady temu. Miał nawet taką metalową blachę jak kiedyś u nas. Podróż sentymentalna. Otrzymałem normalny bilet za który zapłaciłem. Za rower biletu nie otrzymałem, ale też zapłaciłem. Nie jestem miłośnikiem zabierania pamiątek w postaci biletów, to się z konduktorem zrozumieliśmy. Na dworcu w Bukareszcie,

gdzie dojechaliśmy z około 40 minutowym opóźnieniem – nikt nie robił rabanu, nie zwalniał kolejarzy, nie pisał maila ze skargą – rozejrzałem się nieco. Szukałem informacji. Generalnie podjąłem już decyzję, że powrotną drogę do granicy rumuńsko – węgierskiej przejadę, jeśli się uda pociągiem. Śmiało idę do informacji, zadowolony, kolejki do okienka nie ma. Mam już uprzednio przygotowany tekst w telefonie, przetłumaczony na ojczysty rumuński. Podaję pani telefon. Po przeczytaniu pani mówi i pokazuje na mnie, że ja tak, owszem bilet kupię. O rowerze nie ma mowy. Pokazuję, że odkręcę koło, dokonam demontażu, pojedzie jako bagaż. Da się? Pani pokazuje rękoma, że na dwoje babka wróżyła. To już mi wystarczyło. Oczywiście nie zamierzałem tak naprawdę demontować Authora, ale w podbramkowej sytuacji…

Kończył mi się czas wakacji, a będąc teraz niecałe półtora tysiąca kilometrów od Poznania, wolałem mieć wciąż jakieś dwa dni zapasu na tak zwane „koszty reprezentacyjne”. To znaczy na okoliczności nieprzewidywalne. Idę więc teraz do kasy. Tu już swoje trzeba odstać. Wymyśliłem sobie, że nie będę jechał przez noc, tylko w ciągu dnia. Kupiłem bilet. Tylko dla siebie. Resztę zamierzałem zostawić w rękach konduktora. Jakkolwiek to brzmi. Wyobraźcie sobie, że ja to mam bardzo dobre połączenie. Zawsze. Wstaję rano…

Tak, wystarczyło wstać przed godziną piątą, gara o szóstej i w drogę. Ale, ale… wychodzę z dworca w stolicy i co widzę. Obracam się za siebie i z uporem maniaka szukam szyldu, że oto jestem, oto i będzie foto. Bucuresti brak. No nie ma. W Warszawie jest, nawet w Budapeszcie i w mej stolicy Wielkopolski, jedynym mieście, gdzie jak mawiają niektórzy są tylko wpłatomaty, bankomatów nie ma, ale jest Poznań Główny. A Bukareszt na dzień mego przyjazdu i odjazdu nie posiadał takiego szyldu. Trochę szaro, eksploracyjne jakby się zrobiło. Uśmiecham się jednak nie krytykując tu niczego. Uśmiecham się do swoich myśli. Kochani, tam żyje wielu szczęśliwych i otwartych ludzi. A to ludzie, a nie pałace tworzą stolice, miasta, osady. Kładą drogi, gdzie tylko mogą. Mają stare tramwaje,

niektóre przestarzałe lokomotywy, za chwilę będą mieli nowe. A póki co to wszystko ma swój urok. W życiu tu pewnie nie słyszeli, że w jakimś unijnym państwie nie można zbierać grzybów w lesie. Dla mnie to też ,,ucho od śledzia”, więc nie pójdę dalej tą drogą. Czas poszukać spania na aplikacji. Blisko dworca, by pospać choćby te sześć godzin. W końcu jutro czeka mnie szesnaście godzin w pociągu, to wtedy odpocznę. Tylko jedna przesiadka po drodze. Pięknie to rozwiązali.

Trzynastego czerwca przed godziną szóstą jestem już na dworcu. Nie ukrywam, że trochę z duszą na ramieniu, a nawet na ramie roweru mego. Ale co tam na ramię broń! W końcu Polonia, Romania to przyjaciele. Tekst, który wziąłem na początku drogi od pewnego Algierczyka, był pewny, bo sprawdzał się w całej tej wyprawie. Na tym oparłem nie jedną konwersację, lub tak ją kończyłem. Jak wspominany Algierczyk. Jestem na peronie, siedzą, palą te Klubowe. Ludzie, tam jest raj dla palaczy papierosów. Można palić na PKP, w barach, restauracjach. Nikt nie bucha tam dymem z elektronika, że pół peronu nie widać. Palą normalnie papierowe pety. Fuj!

Podchodzę do dwóch kolejarzy, wyczułem, że są z mojego składu. I tak też było. Jak ich przekonałem – nie wiem. Pokazałem na biało czerwoną i coś o tej mojej Polsce zacząłem i że rower czeski co prawda, ale jakże polski jednak, że my to jedno ciało itd. Jeden z nich machnął ręką, że mam wsiadać, zaciągając się resztą peta. Dopytałem, w który wagon. Wskazano mi pierwszy za lokomotywą. Lokomotywa trochę rdzawa,

ale jaka piękna w tym właśnie. Jedziemy, docelowo Baia Mare, z przesiadką w Satu Mare. Przy sprawdzaniu biletu i “opłacie” za rower konduktor rozejrzał się bacznie dookoła. Później zakluczył WC, obok którego stał Author i tak przejechaliśmy najbliższe czternaście godzin. W pociągu spotkałem niemal wyłącznie uśmiechniętych ludzi. Jakaś para wybierała się do Braszowa i stamtąd samolotem nad morze do Bułgarii. On poplamiona różowa koszula, ona jakby w trochę cygańskich ciuchach. Ostentacyjnie perfumuje się dezodorantem w korytarzu. Rozmawiamy. W tym czasie ktoś tam dzwoni na ich telefon. Rozmawiają. Może to syn, nie wiem. Śmieją się, czerpią z każdej chwili. Jadą na wakacje. Kolejny gość podchodzi i chyba rozpoznaje barwy flagi przy rowerze bo z daleka woła – Polonia, katolici! Tak nas postrzega. Uśmiecham się. Facet ciemnej karnacji. Pogodny jak większość. Wiele dłuższych, czy krótszych rozmów w tym czasie było w tym pociągu. Kontakt ludzi przez dotyk, o którym już pisałem. Nie przez dotykowy smartfon. Serdeczność. Bez większych przygód dotarłem do Baia Mare. Tam czekał za mną pociąg bo nasz był trochę opóźniony. Nie było kłopotu jednak bym miał nie zdążyć na przesiadkę. Wystarczyło zagadać jak gdziekolwiek indziej. Pociąg z Baia do Sate kursował mając nieco zdeformowane szyby. Pajęczyny, jakby od kamieni. Jechał. Najważniejsze, że jechał. Na tym krótkim odcinku mało kto jechał już z biletem. Coraz bardziej dostrajałem się do miejsca, w którym byłem. Czułem się częścią tego co czułem w powietrzu, tych ludzi, strojów. Nie miałem i nie mam (lub bardzo rzadko mam) odczucia w podróżach, że jestem inny, odstaję, ze względu na wygląd, kolor skóry itp. Celowo piszę o kolorze skóry, bo jadąc przez Słowację, Węgry i Rumunię właśnie, to nie tylko spotykałem samych białych jak ja. Moje życie dzięki podróżowaniu właśnie, stało się jeszcze bardziej kolorowe. I nie ma w tym cienia przesady. Taki fakt. 

Od Satu Mare do Sanoka przejechałem na rowerze. Był zapas tych dwóch dni jeszcze, które spędziłem nad piękną Soliną. No tuż obok, bo nad jeziorem Myczkowieckim.

Przez granicę z Węgrami zostałem tym razem sprawdzony, ale odprawa dla rowerzysty i tak odbyła się tak jakby jej w ogóle nie było. U rzeczonych Madziarów

zjadłem dwa pożywne talerze zupy węgierskiej (bez zjadania samych talerzy) i była siła i moc by przelecieć przez ten piękny kraj bez noclegu.

U Słowaków zanocowałem jeszcze dwa razy. W miejscowości Michalovce, po raz drugi spotkałem taki sam obraz, jaki już kiedyś widziałem. Obraz oczu i karawany na pustyni.

Zwracam zawsze uwagę na obrazy w miejscach, gdzie śpię. Ten jeden powtórzył się dwukrotnie. Kolejna noc to Vel’ký Kamenec i znów obok ruin zamku. Przed wjazdem do Polski w miasteczku Miedzilaborce zajrzałem jeszcze do muzeum Andy Warhola.

Skąd muzeum amerykańskiego Warhola na Słowacji? Bo jego Rusińscy rodzice pochodzili z położonej 17 km od miasteczka wioski Miková. Oprócz jego dzieł prezentowane są tu także prace brata Paula i bratanka Jamesa.

Wjeżdżając do Komańczy znowu zobaczyłem serpentyny i było z górki. Jak przez większość drogi nuciłem ,,swój” przebój z tej trzytygodniowej wyprawy pt. ,,Chan Chan” – kubańskiego zespołu Buena Vista Socjal Club.

Krótko przed Leskiem stała autostopowiczka, o której wspominałem i z którą zmieniliśmy tylko jedno wspólnie słowo ,,powodzenia”, miało ono swoją moc, przynajmniej dla mnie. W końcu cała wyprawa odbyła się w duchu tego pozdrowienia. Na chwilę przed Myczkowcami, gdzie miałem zostać jeszcze na dwie noce,

zaczęła się ulewa. Tylko chwilowa. Zamiast wejść pod prysznic, tradycyjnie skosztowałem kąpieli w jeziorze.

Na miejscu wspaniali gospodarze, kontakt z naturą, to co lubię.

Po powrocie do Poznania poszedłem do ulubionej biblioteki oddać książkę, którą czytałem w podróży. Mówię do pani bibliotekarki, że przyjechała trochę ze mną w te wakacje po Europie. Pani uśmiecha się i mówi, że to normalne, że Jack Reacher ciągle się przemieszcza i lubi podróżować, a w Europie jeszcze chyba nie był. Taka ,,Nocna runda”.

Ogólnie z całej trasy rowerem wykręciłem przeszło tysiąc siedemset kilometrów. Powtórzę jednak to co najważniejsze  – poznałem wspaniałych ludzi. Bezpiecznie wróciłem. Jestem gotowy do kolejnej wyprawy.

Dziękuję Krzysiek za propozycję i możliwość podzielenia się tym tekstem na Twoim blogu.

Piotr Rospond. 

– Podziękowania od Krzysztofa Żukiewicza dla Piotra za bardzo ciekawą (debiutancką) relację z rowerowej podróży, a także za bogatą dokumentację zdjęciową!


2 Responses

  1. Avatar

    Mam nadzieję, że to nie koniec Waszej współpracy panowie. Piotr wciąż gdzieś w drodze, a Krzysztof chyba gościnny facet. Czyli czekam na cdn. A swoją drogą, to trafiłem tu dzięki Piotrowi, ale jak już tu się znalazłem to “pozwiedzałem” trochę więcej. Będę tu wpadać od czasu do czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *